Zpsitupem - Natalia Van Vlerken

Rehabilitacja zwierząt to biznes, który Natalii Van Vlerken pozwolił odnaleźć w życiu to, co zawsze chciała robić. W gabinecie rehabilitacji „Zpsitupem”, działającej już od roku w Krakowie, psy, koty, a nawet króliki, dochodzą do formy po urazach i chorobach. Jeden z najlepiej wyposażonych w kraju gabinetów rehabilitacji zwierząt powstał dzięki środkom z programu „Wsparcie w starcie”. Pożyczka pozwoliła na zakup bieżni wodnej – kluczowego sprzętu, bez którego ciężko byłoby rozpocząć działalność.

Czy gabinet rehabilitacji dla zwierząt to nowa rzecz w pani życiu?

Zwierzęta zawsze były obecne w moim życiu, nawet planowałam studiowanie weterynarii. Jednak moje życie potoczyło się inaczej - skończyłam biologię razem z geologią. Zawsze żałowałam, że nie zostałam weterynarzem.

Co pani robiła po studiach?

Po studiach pracowałam w kilku miejscach, podjęłam się nawet pracy biurowej. Jednak podobnie jak cała moja rodzina, stwierdziłam, że nie nadaję się do klasycznej pracy na etacie. Ostatnia moja praca przed otwarciem tego biznesu była już bliżej zwierząt, w internetowym sklepie zoologicznym.

Natalia Van Vlerken, w gabinecie rehabilitacji „Zpsitupem”

Czy to ta ostatnia praca przypomniała pani o zwierzakach? A może impuls krył się jeszcze głębiej?

Powiedzmy, że to był zwyczajny wczesny kryzys wieku średniego - chwilę przed moimi 30. urodzinami.  Człowiekowi zaczyna wtedy przychodzić do głowy, że dobrze by było coś zmienić. Pamiętam ten moment, kiedy przez 45 minut czesałam mojego psa i nagle do mnie dotarło, że zupełnie zapomniałam o tych rzeczach, które zawsze najbardziej chciałam robić. Zaczęłam szperać i sprawdzać krakowski rynek. Na początku myślałam o groomerstwie, ale uznałam, że potrzebuję czegoś bardziej medycznego.

A jak to się stało, że ostatecznie wybrała pani rehabilitację?

Siedem lat temu mieliśmy sparaliżowaną jamniczkę, która wymagała specjalistycznej opieki. Już wtedy pomyślałam, że rehabilitacja zwierząt to idealny pomysł dla mnie. Nawet zaczęłam się trochę rozglądać, jak wygląda ten rynek. Wtedy to nie był dobry moment na otworzenie takiego biznesu. Podejście do zwierzaków nie było wówczas tak przyjazne, jak teraz. Sprawdziłam też, z jakimi kosztami wiąże się prowadzenie tego rodzaju działalności.  

Jednak do końca pani nie zrezygnowała z tego pomysłu.

Nie, bo jednocześnie uświadomiłam sobie, że rehabilitacja to funkcja zastępująca, czy uzupełniająca weterynarię, ale właściwie jeszcze lepsza. Różni się podejściem do zwierzaków, bo w naszej pracy ważne jest bezstresowe podejście. Trochę bawimy się ze zwierzętami i aby uzyskać pożądane efekty musimy przemienić terapię w zabawę. Zwierzaki przychodzą do nas przez dłuższy czas, nawet przez kilka miesięcy, więc mamy z nimi lepszy kontakt, w efekcie zostajemy tzw. psimi „ciociami”.  

Jak się zostaje rehabilitantem zwierząt? Zapisała się pani do szkoły?

Właściwie to nie. Znalazłam szkołę rehabilitacji we Wrocławiu i wysłałam maila z pytaniem, czy mogę się zapisać - był to ostatni dzień naboru. Odpisali, że zostałam zapisana na listę, więc nie dało się wycofać. Zaczęłam więc spędzać soboty i niedziele w szkole, ucząc się rehabilitacji zwierząt. Pomogło mi moje wykształcenie biologiczne, więc przedmioty takie jak anatomia nie sprawiały mi kłopotu. Szkoła była przeznaczona dla techników weterynarii, ale dzięki moim studiom udało mi się sporo rzeczy nadgonić.

Skończyła Pani szkolę i pojawiło się pytanie, „co dalej”?

Postanowiłam zrezygnować z ciepłej, dobrze płatnej pracy, gdzie pieniądze regularnie wpływają na konto, wynagrodzenie jest pewne, należy się urlop i składki są zapłacone. Pomyślałam, że nie chcę się dłużej nudzić w pracy i po prostu tracić czasu na bezsensowne klepanie w klawiaturę. Znalazłam lokal, złożyłam wypowiedzenie, zaczęliśmy robić remont i kupować sprzęt. Zabrakło niestety środków na jedno urządzenie, które kosztowało prawie 100 tysięcy złotych i było najbardziej pomocnym w rehabilitacji sprzętem.

Dość kosztowny wydatek jak na sam początek działania firmy. Co to za magiczny sprzęt?

To była bieżnia wodna. Ze względu na jej duży koszt, zaczęłam szukać, jak to mądrze sfinansować.  Nie było w ogóle opcji, żeby akurat tego sprzętu nie mieć w gabinecie.

Gdzie pani znalazła środki na zakup tego sprzętu?

Pomógł mi mój brat, który kilka lat wcześniej otwierał firmę, korzystając z programu „Wsparcie w Starcie”. Znalazłam więc stronę internetową i zaczęłam się dowiadywać. Biedne panie z funduszu, który obsługiwał tę pożyczkę, musiały odbierać po 50 moich telefonów dziennie! Kiedy już dowiedziałam się wszystkiego, złożyłam wniosek o tę pożyczkę na maksymalną kwotę w wysokości 92 000 zł. Złożyłam wniosek w piątek, a w poniedziałek rano dostałam pozytywną decyzję. Na pewno w uzyskaniu tak szybkiej decyzji pomogło, że zainwestowałam w ten biznes już wcześniej. Oczywiście potrzebne były poręczenia, w czym pomógł mi brat i mój małżonek.

A kiedy już wszystko było podpisane, jak długo pani czekała na pieniądze?

Pieniądze zostały wypłacone naprawdę szybko, od razu na konto producenta bieżni wodnej. Zaliczkę wpłaciłam wcześniej sama, a pozostała kwota została przekazana bezpośrednio z banku. Bieżnia przyjechała, została rozpakowana i podłączona.  Do zrobienia zostały już tylko zadania marketingowe – identyfikacja wizualna, logo, ulotki – słowem najróżniejsze rzeczy, bez których nie da się prowadzić biznesu.

Ile miesięcy trwała faza rozruchu? Kiedy pani zaczęła naprawdę zarabiać?

Biznes zaczął się kręcić właściwie od samego początku. Wiadomość o tym, że w naszym gabinecie jest  druga bieżnia w Krakowie, bardzo szybko poszła w świat. W dodatku nasza bieżnia była najnowocześniejsza - z czystą wodą, systemem filtrów - dużo szybsza niż ta u konkurencji. Dojście do momentu zero, w którym zwracały mi się koszty prowadzenia biznesu - a nie jest ich mało - zajęło mi jakieś 3 miesiące. Mówimy o kwocie około 10 000 złotych miesięcznie, w tym oczywiście raty pożyczki z programu „Wsparcie w starcie”.

Pracuje pani sama?

Na początku tak, pracowałam sama. Jednak od stycznia liczba klientów na tyle się zwiększyła, że musiałam zaprosić do współpracy koleżankę, która wcześniej zajmowała się również rehabilitacją zwierząt, ale w domu pacjentów. Miałyśmy obie tyle pracy, że najlepszym rozwiązaniem wydawało się połączenie sił. Nadal się jeszcze trochę testujemy i sprawdzamy, czy nasza współpraca dobrze funkcjonuje. Z formalnego punktu widzenia też musimy jeszcze poczekać z decyzją o zakładaniu wspólnego biznesu. Zobowiązują mnie do tego warunki pożyczki z programu „Wsparcie w starcie”. Przez rok muszę prowadzić biznes samodzielnie.

Jakie zwierzęta odwiedzają pani gabinet?

W miesiącu przychodzi do nas około 80 psiaków i 2 albo 3 koty. Na samym początku było odwrotnie: przychodziło więcej kotów niż psów. Moim zdaniem wynikało to z tego, że właściciele kotów – podobnie jak i same zwierzęta - chodzą trochę swoimi ścieżkami, sami szukają rozwiązań i sprawdzają, jak mogą pomóc swoim kotom. Obecnie dla kotów oferujemy kilka zabiegów, którym chętnie się poddają, jak pole magnetyczne czy laser. Polecają nas również weterynarze, dlatego też nasi podopieczni to w dużej mierze psy, szczególnie seniory. Raz miałyśmy nawet królika. Pracujemy praktycznie od 6, 7 rano do minimum 21, a nawet czasem do 23 z 3-godzinną przerwą.  Przyjmujemy dziennie około 15-20 psiaków i muszę powiedzieć, że jest ciężko. W dodatku staram się inwestować w edukację każdą wolną chwilę. Wciąż pojawiają się jakieś nowe rzeczy, z którymi trzeba być na bieżąco. Dlatego też uczestniczymy w szkoleniach, korzystamy często z zagranicznych webinarów: z Anglii, Republiki Południowej Afryki czy Stanów Zjednoczonych.

Rozumiem, że odnalazła pani swoją misję w życiu. Czy w wymiarze biznesowym jest równie pięknie?

Mogę powiedzieć, że już zarabiam więcej, niż na mojej ciepłej posadce. Szukamy też nowych ludzi do pracy. Przez ostatni rok przewinęło się przez nasz biznes siedem praktykantek. Jedna z dziewczyn pomagała nam niemal przez cały rok, bo pisała pracę o rehabilitacji zwierząt. W marcu zakupiliśmy kolejny drogi sprzęt, którego cena waha się w granicach 50 tysięcy złotych i mogę powiedzieć, że w tej chwili jesteśmy jednym z najlepiej wyposażonych gabinetów rehabilitacji zwierząt w Polsce i mamy zamiar się rozwijać szerzej i dalej, bo widzimy w tym głęboki sens. Przymierzamy się także do zmiany lokalu na większy.

O czym pani teraz marzy?

Całe życie marzył mi się doktorat. Miałam nawet taką możliwość, ale nie zdecydowałam się ze względu na finanse. Myślę jednak, że jeśli biznes nam się rozwinie i uda się zatrudnić sensownych ludzi do pracy, to będę miała więcej czasu i będę mogła się tym zająć, a na Uniwersytecie Jagiellońskim jest bardzo dobra katedra fizjologii zwierząt. Biorąc pod uwagę warunki, jakie mamy i liczbę zwierząt, którymi się zajmujemy, można przeprowadzić ciekawe badania, sprawdzić co działa, jak poszczególne terapie wpływają na określone schorzenia. Już teraz staramy się prowadzić szczegółową dokumentację medyczną każdego zwierzaka i myślę, że szkoda byłoby nie wykorzystać tej wiedzy.

W jakim kierunku zamierza Pani rozwinąć swój biznes?

Dążymy do tego, żeby nawiązać współpracę z jednym z najlepszych szpitali neurologicznych dla zwierząt na świecie, który działa w Portugalii. Szpital prowadzi pani, która jest naukowcem, weterynarzem i jednocześnie rehabilitantem. Koleżanka wróciła właśnie po 3 tygodniach praktyki, niedawno byłyśmy też na szkoleniu prowadzonym przez tę panią we Wrocławiu. Muszę powiedzieć, że przepaść pomiędzy tym, co robimy tutaj i co się robi w Portugalii, jest olbrzymia. Chciałybyśmy tę lukę jak najszybciej wypełnić, ale też móc oferować bardziej intensywną opiekę.

A konkretnie o czym pani myśli?

Teraz zwierzaki przychodzą do nas na godzinę, dwa lub trzy razy w tygodniu. W wielu przypadkach jest to wystarczające. Są zwierzęta po ciężkich urazach kręgosłupa, które nie mają szansy, jeśli nie trenują codziennie. Dlatego chciałabym stworzyć stacjonarny szpital, w którym zwierzęta będą mogły zostać na dłużej, nawet na kilka miesięcy. Teraz niestety nie mamy odpowiednich warunków, a taka stała terapia daje zwierzętom największą szansę powrotu do sprawności.